„Bo w Mazurze taka dusza, że choć umrze, to się rusza”
O spektaklu „Wniebogłos” według powieści Aleksandry Tarnowskiej w reżyserii Michała Zdunika w Teatrze Wierszalin w Supraślu pisze Anna Czajkowska.
Polska wieś lat siedemdziesiątych, realistycznie odmalowana w debiutanckiej powieści Aleksandry Tarnowskiej, pod wieloma względami wydaje się archaiczna, osadzona w realiach odległej przeszłości. A przecież tak nie jest. W Teatrze Wierszalin wydarzenia z życia dwunastoletniego chłopca, przypominającego współczesnego „Janka Muzykanta”, zyskują nową szatę. Reżyser Michał Zdunik zrealizował w Supraślu „Wniebogłos” – opowieść o kilkunastoletnim Rysiu, który „bardzo kocha śpiewać, głos ma jak najsłodszy, a pieśni zna tyle, ile żadna śpiewaczka w okolicy”.
Reżyserowi i autorowi adaptacji udało się odtworzyć niezwykły klimat wsi Tuklęcz – mimo upływu powojennych lat wciąż mało tkniętej przez cywilizację. Stylizacja języka na nieco chropowaty, gwarowy pomaga w tym, dodatkowo podkreślając elementy groteskowe i humorystyczne, umiejętnie połączone z poruszającymi, lirycznymi i tragicznymi. Nostalgiczny spektakl ma wymiar uniwersalny, a miejsce akcji nie jest najważniejsze. Michał Zdunik podkreśla istotę naszych relacji z żywymi i umarłymi, często skomplikowaną, opartą na tajemnicach. Ostateczny kształt dramatu zadziwia swoją zwięzłością i skondensowaną, a mimo to uderzająco bogatą formą, w której udaje się opowiedzieć o ludzkiej samotności, naszych lękach, wątpliwościach, zmaganiach i życiowych wyborach.
Śmierć wraz z resztkami zabobonnej wiary wciąż krąży nad mieszkańcami, w których bez trudu wcielają się znakomici aktorzy. Główny bohater Rysiek – grany przez niesamowitego Rafała Gąsowskiego – częściowo spędza dzieciństwo wśród zmarłych i wierzy, że nieopatrznie śpiewane pieśni pogrzebowe mogą sprowadzić śmierć na żyjących. Mama chłopca zmarła, a on tak za nią tęskni i marzy, by zostać członkiem wiejskiej kapeli, swym śpiewem żegnając odchodzących z tego świata. Trudno oprzeć się wrażeniu, że aktor rzeczywiście ma tylko dwanaście lat, jest samotnym dzieckiem, które styka się z abstrakcyjną śmiercią i związanymi z nią dziwnymi obrzędami oraz przesądami. Gąsowski gra z lekkością, mocno i śpiewnie, wydobywając drobne rysy charakteru bohatera. Pozostali występujący wcale mu nie ustępują.
Dla mieszkańców ich dom, najbliższa okolica to centrum mikroświata, esencja rzeczywistości. Żadna z postaci nie jest jednoznacznie zła. Katarzyna Wolak-Gąsowska w roli nauczycielki Celiny bardzo dobrze ukazuje rozterki młodej, zmysłowej kobiety oraz dominujące poczucie niezrozumienia, ukryte pod maską spokoju i wewnętrznej równowagi, która czasem pęka. Nad wszystkimi ciąży przeznaczenie. Nad Matką, choć przebywa już w świecie bez bólu i trosk – cudnie kreśli jej nucącą, liryczną postać Magdalena Dąbrowska; nad niezwykłymi babciami – zwłaszcza Moniką Kwiatkowską jako upartą, wyposażoną w życiowe mądrości Kazią oraz Urszulą Raczkowską jako Grywułową. Nad ponurym, smutnym i po swojemu kochającym bliskich Ojcem, którego postać z wrażliwością i umiejętnością kreuje Dariusz Matys. Szara, biedna rzeczywistość dotyczy także młodych, groteskowych i trochę nieznośnych Edka, Jaśka i Hanki – w tych rolach Katarzyna Ogrodniczak oraz Bartłomiej Bazyluk.
Muzyka na żywo i znane, dawniej bardzo popularne pieśni wprowadzają magię, stanowią powrót do źródeł. Żywa akcja, dramatyczne i humorystyczne wydarzenia przeplatane są partiami wokalnymi, w których bohaterowie wyrażają całą gamę emocji i przekazują uczucia drzemiące na dnie serca oraz duszy. W swym zespołowym śpiewie łączą się w niesamowity krąg, wzbogacony klimatyczną scenografią Mateusza Kasprzaka. Choć tradycyjne śpiewanie nie pełni już tak ważnej roli w życiu małych społeczności jak kiedyś, tęsknota za nim, jego siłą we wspólnotach i niemal terapeutyczną mocą trwa do dziś.
fot. Magdalena Rybij / Teatr Wieszalin